piątek, 13 września 2013

Koszmar powraca

Boje się jak cholera.. Biegnę dalej i dalej, ciężko dysząc. On jest za mną, jest coraz bliżej mnie. Dlaczego mnie to spotkało! Ratunku!! Dlaczego nikogo nie ma w tym pieprzonym parku! Kolejny zakręt, wąska uliczka, blok. Słyszę tylko swój urywany, ciężki oddech. Gdzie jest Jack?
- Obudź się, Caroline! Obudź się, słyszysz? – Lilli potrząsała mną i klepała po twarzy.
- Co się stało, która godzina? – zapytałam nieco zdezorientowana jej widokiem. Była roztrzęsiona i trupio blada. Odetchnęła z ulgą.
- Matko Boska nie strasz mnie więcej tak!! Słyszysz? – drżał jej głos, ale dodała nieco spokojniej – Jak się czujesz? Wszystko już dobrze? Miałaś koszmar?
Wtedy się zorientowałam, że jestem w szpitalu. Jak to możliwe, że wcześniej tego nie zauważyłam? Ale dlaczego tu jestem? Co mi się stało? Lilli zobaczyła mój pytający wyraz twarzy i zaczęła..
- Miałaś tak jakby wypadek, Ty i Jack .. – uciekła wzrokiem..
- Jak to „tak jakby wypadek”?? Co się stało? – zapytałam oburzona. Nie jestem dzieckiem, powinna od razu mi wszystko powiedzieć.
- Nikt nie wie dokładnie co się stało, dlatego policja czekała aż się wybudzisz, żeby zadać pytania, muszą wiedzieć wszystko, ale póki jeszcze jesteśmy same, możesz mi opowiedzieć. – Patrzyła na mnie i czekała na odpowiedź, ale ja nie wiedziałam kompletnie co mówić. Co się stało? Sama nie wiem, nie potrafię powiedzieć co się działo przed moim „wypadkiem”. Pustka.
- Ale Lilli, ja sama nie wiem co się stało, nie mogę sobie przypomnieć co się działo przed wypadkiem.. Co z Jackiem? – Gdy to powiedziałam, Lilli aż podskoczyła, najwidoczniej chciała uniknąć tematu, ale ja nie chciałam dawać za wygraną więc drążyłam – Co mu jest, gdzie on teraz przebywa, w której sali, muszę z nim porozmawiać.. – I wtedy sobie przypomniałam jak biegłam, a ktoś za mną coś krzyczał.. Tylko tyle. Oczy zaszły mi łzami, domyśliłam się, dlaczego Lilli milczy..
- Nie mogą znaleźć ciała, dlatego jesteś im niezbędna.. Policja musi z Tobą porozmawiać, TY musisz porozmawiać z policją. Aby pochować Jacka. Och Lilly jak się cieszę, że to już koniec, że nie poddałaś się, walczyłaś o życie, walczyłaś i wygrałaś!! – Teraz i ona zaczęła płakać.
- Czyli Jack nie żyje? To pewne?
- Leżałaś parę miesięcy w śpiączce a oni w dalszym ciągu nie znaleźli ciała, chcieli zamknąć sprawę, ale musiałaś się najpierw wybudzić! Kochanie, musisz sobie przypomnieć co się stało..
- Parę to znaczy ile? – zapytałam gniewnie ..
- Jutro by było dokładnie 6 miesięcy.. – zaczęłam krzyczeć, rzucać się i wtedy wbiegli policjanci i lekarze.. Policjanci wyprowadzili Lilly a lekarze próbowali uspokajać, ale gdy tylko walnęłam z pięści jednego lekarza i pielęgniarka dostała z pięty w nos, przypięli mnie pasami do łóżka i wstrzyknęli coś na uspokojenie. Szybko zadziałało.. Jeszcze przez chwilę mnie trzymali a później wpuścili policjantów.. Miliony pytań zaskoczyło mnie już na wejściu. Na żadne nie umiałam odpowiedzieć, nie chciałam odpowiedzieć. Opowiedzieli mi wszystko co wiedzą, a ja leżałam patrząc w jeden punkt, całkowicie zalana łzami.  Poprosiłam lekarki, żeby nikt więcej mnie dzisiaj nie odwiedzał. Znowu powoli odpływałam..
- Caroline! Caroline! Caroline!
- Kto mnie woła? Halo? Jest tu ktoś? Potrzebujesz pomocy? -Jestem w lesie, ktoś mnie woła! O Matko Boska! Nie ktoś tylko Jack! – Jack, Jack!! Gdzie jesteś?! Hej!!!
- Tutaj, pomóż mi, jestem na dole! Nie daję rady, umieram!! Wszystko mnie boli, pomóż mi, nie wytrzymam! Błagam Cię, Caroline! Nie zostawiaj mnie!
Ze łzami w oczach podbiegłam do urwiska i zobaczyłam zakrwawionego Jacka, żołądek wywrócił koziołka, zakręciło mi się w głowie.. „NIE! Muszę mu pomóc, muszę!” pomyślałam i odzyskałam jasność umysłu.
- Jack, jak do Ciebie zejść? – Urwisko nie było zbytnio duże, ale około siedmiu metrów miało tak więc skakanie było wykluczone.
- Nie ma, Caroline pomóż mi, nie dam rady tu wytrzymać dłużej, nie mogę się ruszyć!! Nie mogę się ruszyć, nie mogę…
Aaa, Jack!! – obudziłam się, znowu koszmar.. Dziwne, wydawał się taki realistyczny.. Ej, ja znam ten las, to w nim tamtej nocy .. O NIE! Ja muszę pomóc Jackowi, on żyje! Musi! To był znak!! Wstałam i podeszłam do okna, było otwarte,  a krat brak. Leżałam na parterze ale noc była zimna, nie mogłam w tej szpitalnej koszuli biegać nocą po mieście. Otworzyłam szafę, w której powinny znajdować się moje ubrania i tam też były. Ubrałam się i jak gdyby nigdy nic pognałam na pierwszy przystanek, który zobaczyłam. Wsiadłam w autobus i nieco się uspokoiłam. Próbowałam sobie przypomnieć co się wtedy stało ale nie mogłam, tylko głowa mnie rozbolała. 6 miesięcy w śpiączce, to pół roku życia..  To szaleństwo iść samej to tego lasu.. Może znowu stać mi się krzywda. Dotarłam do końcowego przystanku, tuż przy wejściu do lasu. Drogę znam na pamięć, często z rodziną jeździliśmy tu na grzyby.. Dotarłam na skraj lasy, do urwiska .. Zobaczyłam go, leżał tam, nie ruszał się, a zejścia tak jak we śnie też nie było. Coś usłyszałam, jak gdyby łamiącą się gałązkę. Odwróciłam się a za mną stał ON! Chciałam krzyczeć i próbowałam uciekać ale on mnie złapał i unieruchomił, później szepnął do ucha: „Chcesz zejść do kolegi? Pozwól, że Ci pomogę” i to mówiąc zepchnął mnie z urwiska.. Czekałam tylko na bolesny upadek, ale nastąpiła tylko ciemność. Z której wyłonił się blask słońca i okropny ból w przedramieniu. Chciałam wstać ale wtedy usłyszałam głos Jacka.
- Nie wstawaj, zaboli jeszcze bardziej – miał inny głos, słaby, słabiutki wręcz, nie to co wcześniej.. Zaczęłam płakać ze szczęścia w tym nieszczęściu! JACK ŻYJE, ŻYJE, ŻYJE!! –Nie płacz, wszystko będzie dobrze.. Musimy się stąd wydostać bo on wróci. Znalazłem wyjście, ale musisz mi pomóc, ON jest wszędzie kiedy jest ciemno. Za dnia udaje normalnego człowieka.. Rozumiesz? Kiedy nocą tu przychodzi i mnie dręczy, katuje, za dnia normalnie funkcjonuje. To jest chore..
- Jack, przepraszam, przepraszam.. ja .. nie wiem jak mogłam Cię posłuchać i zostawić.. 6 miesięcy tutaj.. jak przeżyłeś? Jak to się stało, że we śnie rozmawialiśmy i stąd wiedziałam, że żyjesz i gdzie jesteś? .. Jak to możliwe? – jąkając i płacząc spytałam go..  A on podszedł do mnie, pomógł usiąść i przytulił
- Nie mam Ci tego za złe, jestem z Ciebie dumny.. Dumny bo walczyłaś i jak widzisz, jesteś tu, czyli mnie nie zostawiłaś.. Wszystko będzie dobrze, ale musimy się wydostać. Musimy żyć, musimy.
Zbliżał się ranek, tak więc zobaczyłam, że jesteśmy w rowie, z którego nie ma wyjścia a jednak.. Jack przez 6 miesięcy nie siedział bezczynnie. Znalazł bardzo stary kanał przykryty liśćmi.. Najwidoczniej ON nie wiedział o nim schodząc drabiną do Jacka. Szybko znaleźliśmy wyjście które wyprowadziło nas tuż przy samej ulicy.. Zaczęliśmy biec, już nie czułam bólu, Jack też wydawał się twardszy niż na to wyglądał.. Strasznie wychudzony, kruchy. Usłyszeliśmy śmiech za plecami, odwróciliśmy się na moment i ujrzeliśmy jak ON stał ze strzelbą na środku ulicy jak opętany i się śmiał wniebogłosy ze strzelbą w ręce. Znowu zaczął się pościg.. Jak wtedy, ale tym razem nie miałam zamiaru zostawić Jacka. Wbiegliśmy do lasy, chcieliśmy skrócić drogę na przystanek .. Usłyszeliśmy strzał, wszystkie ptaki odleciały! CZEGO ON OD NAS CHCE?! Złapałam Jacka za rękę i biegliśmy ramię w ramię.. Widzieliśmy już przystanek, autobus szykował się do odjazdu! Zdążymy, na pewno.. Wtedy usłyszeliśmy kolejny strzał i poczułam palący ból w nodze, to był koszmar.. Zaczęłam krwawić, wtedy Jack wziął mnie na ręce i biegł ze mną dalej. Widziałam wszystko jak przez mgłę.. Widziałam ruszający autobus, bez nas.. Robił pętle, a później my byliśmy przed nim a Jack coś krzyczał. Kierowa się zatrzymał i wtedy znowu było czarno..
- Córeczko, córeczko! – wołała mama
- Tak mamo?
- Chodź, obiad na stole! – popatrzyłam na Jacka z uśmiechem. I odkrzyknęłam mamie..
- A co z Jackiem?
- Nie wygłupiajcie się, chodźcie obydwoje!!
Siedzieliśmy i zajadaliśmy się smacznym obiadem mamusi, a ona wtedy zaczęła płakać..
Obudziłam się.. Byłam sama, spanikowałam, wszystko wróciło, pamiętałam wszystko w najdrobniejszych szczegółach.. Zaczęłam krzyczeć, znowu.. Wbiegł Jack i zaczął mnie uspokajać.. Znowu środki uspokajające, miliony pytań policjantów i moje łzy..  i nieopisane szczęście, kiedy dowiedziałam się, że złapali tego psychopatę, mogłam odetchnąć z ulgą..